| Kochany Księże Piotrze, Pozwól, że przedstawię Ci moje refleksje po rekolekcjach kapłańskich, jakie wygłosiłeś w Szczecinie. Tutaj na zachodzie Twoje rekolekcje są szczególnie potrzebne, w mojej parafii jeszcze bardziej (!!!) i dużo wody upłynie zanim to będzie możliwe, chociaż... Mamy przecież cudownego bpa Andrzeja - w Nim cała nadzieja. Jakiś czas temu, w Radiu Maryja usłyszałam po raz pierwszy Twoje kazanie „Trzy torpedy". Potem razem z mężem, czytałam i słuchałam w internecie wszystkiego co było po hasłem „ks. Piotr Natanek". Pokochaliśmy Cię księże Piotrze od pierwszego, że tak powiem, usłyszenia, bo rozumiemy to, o czym mówisz, bo czytamy książki, na których opierasz swoje kazania, bo kochamy i troskamy się o sprawy Kościoła i kapłanów tak jak Ty, bo mówisz po prostu naszym językiem, choć nie jesteśmy tak wykształceni jak Ty. Wiele razy modliłam się: „Boże, daj nam takich kapłanów, tak bardzo potrzebujemy, tak bardzo potrzebuję świętych kapłanów...". Rok temu modliłam się o dobrego przywódcę dla naszej Archidiecezji i Pan wysłuchał. Mam nadzieję, że i te modlitwy będą wysłuchane. Drogi Księże, kocham Boga, kocham Kościół a w tym Kościele szczególną miłością obdarzyłam Kapłanów. Ale... Im bardziej ich poznawałam, tym szerzej otwierały mi się oczy i coraz bardziej cierpiałam. Ale tego trzeba było, abym poczuła potrzebę stałej modlitwy za Nich, za Was. Tak więc, trzynaście lat temu przyłączając się do Kapłańskiego Ruchu Maryjnego (o.Gobbi), na prośbę samej Maryi, ale i kapłana założyłam w swoim domu Wieczernik, który przetrwał do dnia dzisiejszego, mimo, że zabrano nam księdza, który zaprowadził u nas ten Ruch. Przez te kilkanaście lat modliło się w moim domu ok. 50 osób. Przed 9 laty zapisałam się do „Margaretek" i otrzymałam w darze 7 kapłanów na każdy dzień tygodnia. Wiernie trwam w modlitwach, dołączając w razie potrzeby innych kapłanów a ogłoszony przez Ojca św. Rok Kapłański zmobilizował mnie do jeszcze gorętszej modlitwy, ofiary i zadośćuczynieniu za grzechy, oraz do korzystania z łask odpustów zupełnych. W zeszłym roku wpadły mi w ręce słowa Pana Jezusa skierowane chyba do s. Leonii Nastał " Dusza, która modlitwą i ofiarą wspomaga kapłanów, staje się kapłanką w tym znaczeniu, że w niebie będzie mieć udział w tym osobliwym szczęściu i chwale, jakie przygotowałam od wieków dla sług moich ołtarzy." Nie wyobraża sobie Ksiądz, jaką ogromna radość sprawiły mi te słowa i z jakim wzruszeniem je przyjęłam. Takie same zasługi ..., nigdy nie śmiałam nawet marzyć o tym. Któregoś dnia jednak powiedziałam do Pana: "... możesz mi zabrać te zasługi, obym tylko mogła przyczynić się do zbawienia choć jednej duszy kapłańskiej. Ofiaruję Ci Panie moje cierpienia dla zbawienia ich dusz..." No i zaczęło się - cierpienie za cierpieniem w każdej dziedzinie mojego życia, w niczym nie czułam się szczęśliwa, nigdzie nie widziałam powodu do radości. Czasami wydawało mi się, że nie jestem już w stanie więcej udźwignąć, dlatego wołałam: "Panie pociesz, widzisz przecież jak cierpię...". Wkrótce po tym zaczęły mnie nachodzić różne wątpliwości, patrząc na niektórych kapłanów myślałam o beznadziei modlitwy. "Boże, tyle się modlę a oni żyją tak, jakby nie byli kapłanami (a oni sobie "bimbają" - słowa Księdza wypowiedziane w Szczecinie), żebyś mi chociaż dał gwarancję, że moja modlitwa da niebo choć jednemu. Gwarancji oczywiście nie otrzymałam a wątpliwości były coraz większe i coraz częściej słyszałam: "Co ty wyrabiasz, zostaw ich w spokoju, tyle za nich ofiarowujesz a zobacz co dzieje się w twojej rodzinie, syn (22 lata) nie chodzi do kościoła, bardziej od rodziny woli kolegów i alkohol, córka (15 lat) pyskata, zapatrzona w siebie panienka, tylko patrzeć jak wkrótce odejdzie, mąż - porządny z niego chłop, ale wasze życie seksualne - masakra, mama, dom rodzinny - jedno wielkie piekło. Weź się za siebie i swoją rodzinę a ich zostaw w spokoju, bo i tak nic nie zdziałasz, przecież widzisz jak żyją...". Burza ta trwała ok. 2 miesiące. Największe wyrzuty miałam co do syna. Modliłam się za niego, ale nie tak gorliwie jak za kapłanów, dlatego postanowiłam codziennie odmawianą Koronkę do Bożego Miłosierdzia ofiarować w jego intencji i we wszystkich trudnych sprawach naszej rodziny. Przyznać się muszę Księże Piotrze, że z wypowiedzeniem słów: „Ofiaruję Ci Panie moje cierpienia dla zbawienia ich dusz...", ociągałam się dość długo, bałam się tego i widzę, że nie na darmo. Nie jestem święta, nie potrafię z radością, cierpliwością i miłością przyjmować wszystkiego, co na mnie przychodzi, szczególnie cierpienia, ale pragnę tego i mam nadzieję, że ta łaska będzie mi dana. Nawiązując jeszcze do rekolekcji, chce się podzielić jeszcze jednym. Kiedy przed kilkunastoma laty księża z mojej parafii postawili parafian na nogi przy przyjmowaniu Komunii świętej, kilkanaście osób, wśród nich mój mąż i ja, nie posłuchało księży i postanowiło mimo wszystko przyjmować Komunię klęcząc. Przez te kilkanaście lat spotykało nas dużo przykrości a wśród nich najgorsze było lekceważenie ze strony księży. Wiele razy chciałam się poddać, bo wiele razy zamiast adorować Pana obecnego w moim sercu, płakałam, bo znowu ktoś zlekceważył, ominął, podał Komunię od niechcenia, z wielka łaską. Wiele razy chciałam się poddać, bo byłam w centrum uwagi wszystkich obecnych w kościele (aby nie robić bałaganu, kazano nam podchodzić do Komunii na sam koniec, po wszystkich) a tego nie chciałam i męczyło mnie to bardzo. Obecnie trochę uspokoiło się, albo ja przestałam być tak wrażliwa. W wielu kościołach naszej diecezji od lat Komunię rozdaje się na stojąco. Katedra trzymała się dzielnie tradycji. Jakież było moje zdziwienie i rozczarowanie, kiedy któregoś dnia zobaczyłam tam „kolejkę"... I to teraz kiedy sam Ojciec św. pokazuje jak być powinno!!! Twoja, Księże obecność w katedrze zmieniła to, nie wiem jednak czy na długo, nie byłam tam od czasu rekolekcji. Wiesz Księże Piotrze jakie mam marzenie? Móc modlić się i posługiwać w Twojej Pustelni. Marzenie póki co niemożliwe do spełnienia, ale może kiedyś... Pozdrawiam Cię serdecznie. Dziękuję za to, że jesteś i że jesteś TAKIM KAPŁANEM. Całuję Twoje święte dłonie i proszę o Twoje błogosławieństwo dla mnie i mojej rodziny, P.S. Kończę pisać ten list w dzień po śmierci mojej siostry (była alkoholiczką). Dzisiaj byłam w szpitalu u mamy, by jej o tym powiedzieć, nie było to łatwe. Znowu cierpienie poganiane cierpieniem. Ale może to początek jakiegoś zwrotu w mojej rodzinie, bo jak wcześniej pisałam, mój dom rodzinny to istne piekło... Przez 5 lat razem z mężem modliłam się codziennie za wstawiennictwem Ojca św. o uwolnienie siostry z nałogu. Pan wysłuchał, tylko nie po naszemu, ale widać tak będzie lepiej. Z Panem Bogiem. |